Reklama
  • Wtorek, 9 kwietnia 2013 (12:53)

    Batumi - słynny kurort w Gruzji

Morze Czarne, kamieniste plaże, a na horyzoncie wysokie góry ośnieżone od września do maja. Oto słynny gruziński kurort.

Zdjęcie

/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz
/Pracownia Projektowa Maxpol Grażyna Bogusiewicz

Dziwne to miasto, o wielu twarzach. Z jednej strony przepych i bogactwo wręcz ostentacyjne. Z drugiej poradziecka bylejakość. Na szczęście tej ostatniej coraz mniej.

Gruzini bardzo się spieszą, by pozacierać ślady przeszłości, o której chcieliby zapomnieć. Czy warto zatem zajrzeć tu, korzystając z uruchamianego właśnie połączenia taniej linii lotniczej? Zdecydowanie tak i to niezależnie od pory roku. To jedno z magicznych miejsc na mapie świata.

Reklama

Już w samolocie z Tbilisi nuciłam sobie starą piosenkę Filipinek. Ja jej nie pamiętałam, ale na wieść o tej podróży podsunęła mi ją mama.

Wypatrywałam więc z powietrza słynnych herbacianych pól. Bezskutecznie. Będzie powód do powrotu – pomyślałam, ale dodałam w duchu: Jeśli tylko mi się spodoba.

Dziś już wiem, że muszę tu jeszcze wrócić. Późną wiosną, może latem. Wtedy, gdy roślinność po prostu kipi feerią barw przebijających się przez bujną zieleń. Teraz, w połowie marca, też przeżywam jedno zaskoczenie za drugim. Krótki spacer z samolotu do niewielkiego budynku lotniska i... muszę szybko zdjąć kurtkę.

Termometr pokazuje plus 19 stopni. W Tbilisi, około pół godziny lotu stąd, było 9, ale na minusie... Kierowca taksówki z dumą pokazuje mi drzewka, podobno, pomarańczowe, ale muszę mu wierzyć na słowo. Co innego palmy porastające w karnym szeregu bulwar prowadzący do oddalonego o kilka kilometrów miasta. Prezentują się dumnie, choć wiele ma powiązane liście korony. To ochrona przed silnym i chłodnym wiatrem, jaki wpada tu czasem pohulać zimą. Nagle taksówkarz zatrzymuje się i każe mi... wysiadać.

Zdezorientowana nie zdążyłam nawet zaprotestować, gdy dodał z uśmiechem: To aleja Waszego Prezydenta, przyjaciela Gruzji. Istotnie, na środku ronda stoi tablica w trzech językach z nazwą ulicy: Lecha i Marii Kaczyńskich. Cóż, czasy się zmieniają. Jeszcze niedawno było w Batumi chyba ostatnie muzeum Józefa Stalina.

Jednak za czasów prezydentury Micheiła Saakaszwilego (zupełnie jak Grigorij z „Czterech pancernych i psa”) Gruzja skutecznie, choć boleśnie rozstała się z poradzieckimi wspomnieniami. Batumi jest miastem, w którym proces tych przeobrażeń przebiega wyjątkowo szybko i spektakularnie.

Dlatego dzisiejszy układ architektoniczny niemal 200-tysięcznego miasta wydaje się nieco chaotyczny. Ale za to ile czeka nas zaskoczeń. Z uliczki rodem z romantycznej powieści połowy XIX wieku trafiamy nagle na paskudne bloki z lat 70. XX wieku. Obok lśniącego złotem pałacu tuli się zawstydzona ruina, w sensie dosłownym – bez drzwi i dachu.

Dalej wyrasta nowoczesny plac nawiązujący stylem do okresu przed I wojną światową. I tak na każdym kroku. Z dnia na dzień zmieniają się proporcje. Ubywa biedy, przybywa złota na dachach i kopułach. Podobno istne szaleństwo panuje tu w sylwestra.

Władze miasta przy pomocy bardzo zamożnych obywateli sprowadzają wielkie gwiazdy światowych scen – od bohaterów estrady lat 70. i 80. po operowych gigantów, jak Placido Domingo i Andreę Bocellego. Pokaz fajerwerków widać podobno na statkach oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów.

Miasto, które tak się bawi, musi być zamożne. To bogactwo wyrastało w Batumi dzięki jego „granicznemu” położeniu niemal u stóp Kaukazu. Port już nie w Europie (chociaż Gruzini by się na mnie za to obrazili), jeszcze nie w Azji.

Tutaj kończy się rurociąg tłoczący ropę bezpośrednio z Baku, co podobno doprowadza do furii Rosjan, marzących o ponownym przyłączeniu strategicznie położonej Gruzji. To wywołuje, oczywiście, spore napięcia...

Odczuwam je na własnej skórze, gdy w drodze na targowisko przechodzę kładką dla pieszych nad kolejowymi torami. Po horyzont ciągną się składy cystern. Kiedy wyciągam aparat, by zrobić zdjęcie, podbiega energicznie młody żołnierz z bronią. Każe mi kasować zdjęcia. Robi się nieprzyjemnie.

Na szczęście po chwili targ odsuwa incydent w niepamięć. Wyobrażałam sobie, że zobaczę tu... handel kałaszami i bóg wie czym jeszcze, ale wyobraźnia mnie poniosła. Są za to smakołyki, którymi sprzedawcy chętnie częstują.

Równie chętnie pozują przy imponujących serach, słodyczach, rybach i tytoniu. Jestem w siódmym niebie. Każdy, kto usłyszy, że przyjechałam z Polski chce mnie czymś uraczyć.

Kiedy wracam do nadmorskiego parku z bambusowym gajem, siadam sobie w oczekiwaniu na pokaz fontann. Piję najlepszą herbatę w życiu. Podśpiewuję „Batumi” Filipinek, dodając: ja tu jeszcze wrócę.

MR

Ile to kosztuje

Loty z Warszawy do Kutaisi dwa razy w tygodniu uruchomił Wizzair. Ceny od ok. 400 zł w obie strony.

Z Kutaisi można dojechać do Batumi autobusem (tanio, ale kierowcy mają temperament).

Odległość – 122 km. Waluta – lari (ok. 2 zł), bankomatów w Batumi nie brak. Lepiej mieć gotówkę.

Co warto wiedzieć

www.odkryjgruzje.pl/ www.gruzja.pl http://batumi.ge/en/

Świat & Ludzie

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.