Reklama
  • Wtorek, 23 lipca 2013 (09:45)

    Thasos - grecka wyspa z dala od zgiełku

Na pierwszym planie niespotykana na innych greckich wyspach zieleń wspaniałych lasów piniowych. Na drugim – olśniewająca biel marmuru. Na trzecim – boski lazur morza. Wika Kwiatkowska

Właśnie te trzy kolory składają się na portret Thasos, ale nie oddają całego bogactwa jednej z największych i najpiękniejszych greckich wysp. Położona na Morzu Egejskim, prawie styka się z Peloponezem – gdy patrzyłam na nią z promu, wyglądała bardziej jak kolejny cypel.

Reklama

Mimo bogatej historii udało się jej uniknąć losu wielu innych greckich wysepek, zamienionych w hałaśliwe kurorty, żyjące z letnich najazdów północnych ludów spragnionych słońca i ciepłego morza.

Na Thasos turysta jest mile widzianym gościem, ale bynajmniej nie kimś, o czyje względy trzeba zabiegać za wszelką cenę. Przyjechał – dobrze. Wyjedzie – świat się nie zawali.

Morze jest pełne ryb, wyspiarski marmur wciąż w cenie, a gajów oliwnych nie brakuje. Słowem: da się żyć. Dla kogoś, kto nie jest uzależniony od obecności polskiego animatora, to wymarzona atmosfera.

Prostota w cenie

Na Thasos najlepiej dostać się promem z Kawali, gdzie lądują czartery. Przeprawa trwa zaledwie pół godziny. Podróż umilają mewy: jedzą z ręki, pozują do zdjęć, po czym odlatują z radosnym piskiem i ciastkiem w dziobie.

Prom przybija do portu w Thasos (Limenas). To największe miasto na wyspie nie ma naturalnie nic z metropolii. Życie toczy się głównie wzdłuż niewielkiej promenady, gdzie co krok znajdują się bary i tawerny, w których turyści i miejscowi raczą się specjałami greckiej kuchni.

Dania są proste, bezpretensjonalne, nieskażone odkryciami kuchni molekularnej czy makrobiotycznej – na Thasos je się tak samo od wieków, korzystając z tego, co oferują morze i… hodowcy owiec. A zatem pyszne świeże ryby, grillowane owoce morza i stanowiące wizytówkę greckiej kuchni mięsne souvlaki oraz soutzoukakia. Do tego obowiązkowa misa greckiej sałaty i kieliszek – a najlepiej karafka – wytrawnej, pachnącej żywicą retsiny.

Tuż za promenadą znajdują się ruiny starożytnego Thasos. Nie jest ich wiele, ale wystarczy zamknąć oczy, by ujrzeć krzątających się po agorze kupców, polityków i filozofów, omawiających wieści z kontynentu. Bo choć Thasos leży na uboczu, to nie omijały jej skutki wojen z Persami czy późniejszych sporów Aten ze Spartą. Pod wieczór warto przejść się do amfiteatru.

Z jego najwyższych trybun roztacza się widok po stokroć wynagradzający wysiłek potrzebny do wdrapania się na wzgórze. Miłośnicy antyku powinni wybrać się na przeciwległy, południowy kraniec wyspy, do miejscowości Aliki, gdzie znajdują się ruiny starożytnego portu, przepięknie położonego w niewielkiej zatoczce. W Aliki można odnaleźć pozostałości antycznej świątyni i ruiny kościoła z V wieku.

Woda w zatoce jest przejrzysta, a plaża tak przyjemna, że po spotkaniu z historią można na niej spędzić cały dzień. Nie tylko plażowanie Największym skarbem Thasos pozostaje przyroda. Warto wynająć samochód, by zobaczyć widoki, które zapierają dech w piersiach. Jadąc na zachód, z prawej strony mamy skaliste wybrzeże kuszące dzikimi plażami, z lewej – górujący nad wyspą, mierzący ponad 1200 m n.p.m. szczyt Ipsarion.

Odkąd go zobaczyłam, wiedziałam, że spróbuję go zdobyć. Okazało się to dość proste – wejście z miejscowości Potamia zajmuje dwie godziny. Po drodze spotkałam turystów ze Skandynawii wyposażonych w górskie buty na wibramie oraz kije nordic – moje zwykłe adidasy trochę psuły im wyobrażenie o alpejskiej wyprawie. Kto szuka mocniejszych wrażeń, powinien wybrać się do Potos, a stamtąd – pytając o drogę miejscowych, bo oznaczeń brak – kierować się do jednej z atrakcji Thasos o nazwie Giola.

Jest to trudno dostępny, naturalnie ukształtowany głęboki basen otoczony skałami ledwo wystającymi ponad wodę od strony morza i sięgającymi dziesięciu metrów od lądu. I tu zaczyna się zabawa, bo do Gioli można bezpiecznie wskakiwać ze wszystkich stron. Każdy wybiera sobie wysokość stosownie do stopnia umiejętności i brawury: moje ostrożne dziecko robiło to… z poziomu morza, ja odważyłam się na skok z dwóch metrów, natomiast pewien serbski tata o wadze grubo przekraczającej 100 kg rzucał się do wody z samej góry.

Rozbryzg był fantastyczny, a emocje jeszcze bardziej podkręcał fakt, że w ślad za nim wzdłuż skalnej ściany lecieli jego dwaj synowie, obaj z pewnością poniżej 10. roku życia. Mnie, jako matce, na ten widok robiło się słabo. Jeśli ktoś woli rozrywki bardziej cywilizowane i marzy o wypoczynku w takt głośnych rytmów, z barem na wyciągnięcie ręki, poczuje się jak w raju na plaży Saliara.

Jest to przecudny zakątek na wschodnim wybrzeżu wyspy – niewielką zatoczkę otacza biały jak śnieg marmurowy piasek. Połączenie lazuru morza z tą bielą jest obłędne, lecz kto nie czuje się najlepiej, gdy leżąc na plaży, ociera się o sąsiada, powinien wybrać się tam o świcie lub poza sezonem.

Jeśli ktoś nie chce wypożyczać samochodu, może załatwić sprawę oldschoolowo: przyjechać własnym autem i skorzystać z kempingu w miejscowości Skala Marion. Obiekt prowadzony przez siwiejącego hipisa pamiętającego złote czasy Demisa Roussosa nie zmienił się od lat 70. Tak samo jak rowery, które próbowaliśmy tam wypożyczyć: podstawiono nam dwa gruchoty na sflaczałych dętkach z fotelikiem dla dziecka niedbale przywiązanym do ramy konopnym sznurkiem.

Gdy podziękowaliśmy za taki sprzęt, właściciel wzruszył tylko ramionami i wbił wzrok w morze. Dla niego czas już dawno stanął w miejscu. I nie tylko dla niego.

Drogi na Thasos, zbudowane przed laty za unijne pieniądze, powoli się kruszą, znaki drogowe również nie były od tamtej pory wymieniane – widać, że akcesja do Unii nastąpiła dawno, europejski lifting nieco się sfatygował. Ale nikomu to szczególnie nie przeszkadza. Przyznam, że mnie też nie.

Jest coś wzruszającego w tym, że pomimo wysiłków zmierzających do „ucywilizowania” wyspy naturalny bieg rzeczy nadal bierze górę.

Kuchnia Na Thasos owoce morza, a wśród nich grillowane ośmiorniczki, konkurują z tradycyjnymi greckimi daniami, takimi jak musaka, w której mielonemu mięsu towarzyszą bakłażany, pomidory, zioła i beszamel.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani
Więcej na temat:Dania | morze

Zobacz również

  • Lśniące w słońcu bia łe skały widać już z daleka. Wyglądają, jakby były pokryte śniegiem. Ale to wynik działania nasyconych wapniem gorących wód. Przez tysiące lat spływały one po niemal... więcej

Wasze komentarze: 1,

przeczytane przez: 77 osób Dodaj komentarz
monk

~monk -

Na Ypsarion wcale nie idzie się dwie godziny. 1204m. Zwlaszcza ze podejscia sa strome i dosc waskie. Oznakowanie w nie najlepszym stanie.